English
Varia
W dzielnicy zakurzonych manekinów

O kinie Braci Quay dyskutują pisarz Jacek Dehnel i kulturoznawca Piotr Tarczyński

Za brudnymi oknami przesuwają się pantografy stukoczących tramwajów, przejeżdżających przez gotyckie katedry.

JACEK DEHNEL: - Gdyby Stephen i Timothy Quay nie istnieli, należałoby ich wymyślić. Bliźniacy jednojajowi - będący ponoć pierwowzorami rozdzielonych bliźniąt syjamskich z "Zet i dwa zera" Petera Greenawaya - znani z tego, że jeden zaczyna zdanie, a drugi je kończy, są zarazem jednymi z najciekawszych offowych reżyserów kina światowego. Od ponad trzydziestu lat tworzą wspólnymi siłami niebywale skomplikowane i czasochłonne animacje kukiełkowe, pełne onirycznych, niejasnych scen i nawiązań kulturowych. Potrafiłbyś sobie wyobrazić, że Quayowie są albo parą pacynek, sterowanych przez ironicznego lalkarza, albo dwoma zupełnie obcymi facetami, którzy przebierają się za bliźniaków?

PIOTR TARCZYŃSKI: - Więcej - myślę, że takie założenie bardzo by im odpowiadało. Władza, jaką lalkarz sprawuje nad pacynkami, ożywianie i kontrolowanie nieożywionego, są w ich filmach bardzo ważną kwestią. Nic zresztą dziwnego, skoro ich zawód to właśnie animowanie. Animatorem jest Mistrz w "Gabinecie Jana Švankmajera" (hołdzie złożonym przez Quayów wybitnemu czeskiemu twórcy), jest nim też Krawiec w "Ulicy Krokodyli", Doktor Emmanuel Droz w "Stroicielu trzęsień ziemi", w pewnym stopniu także Herr Benjamenta w "Instytucie Benjamenta". Eksplorowanie tego samego tematu, użycie podobnych motywów, rekwizytów, jest dla Braci Quay bardzo charakterystyczne.

JD: - Quayowie wydają się całkowicie zrośnięci ze swoim dziełem - być może bycie repetycją genetyczną, czyli bliźniakami, sprawia, że mają taką skłonność do nieustannego powtarzania. Mówię tu zarówno o skali makro, jak i mikro. Niejedna krótkometrażowa animacja Quayów opiera się na powtarzalnych sekwencjach, powracających obrazach, jak bieganie po schodach, ruch mechanizmów, zwielokrotnione ujęcia jakiegoś przedmiotu. W dwudziestominutowym "In Absentia" pokazują historię pacjentki szpitala dla psychicznie chorych, Emmy Hauck, która kompulsywnie zapisuje kolejne zeszyty tym samym zdaniem skierowanym do męża: "Kochanie, przyjdź". Bywa, że dochodzi do subtelnej przemiany, że pojawia się szczegół, którym różnią się kolejne wersje, częściej jednak - co wynika, mam wrażenie, z fascynacji maszynami i automatami - widz czuje się jak Chaplinowski robotnik przy taśmociągu, któremu serwuje się wciąż to samo i to samo. W wersji makro, czyli w rozwiązaniach artystycznych czy fabularnych, powtórzenia nie są może aż tak natrętne, ale też przecież łatwo je dostrzec.

PT: - Jasne, choć przyznasz, że w przypadku Quayów trudno jest tak naprawdę mówić o rozwiązaniach fabularnych. Siłą ich filmów jest przede wszystkim atmosfera, muzyka, scenografia, a fabuła jest czymś, co traktują marginalnie, z dużą swobodą. Nakręcili zaledwie dwa filmy pełnometrażowe, ale "Stroiciel trzęsień ziemi" jest w dużej mierze późniejszą wersją "Instytutu Benjamenta" - bogatszą wizualnie i bardziej ekstrawagancką, ale jednak bardzo podobną. W obu filmach mamy niepozornego głównego Bohatera, który trafia do tajemniczego Miejsca, siedziby złowrogiego Złego (w obu przypadkach gra go zresztą ten sam aktor), niepewnego seksualnie, ale dominującego nad Kobietą. Bohater zakochuje się w niej, a jego działania - może nawet sama obecność - doprowadzają do upadku Złego i zniszczenia Miejsca. Czyli mamy właściwie schemat opowieści o Bondzie.

JD: - Muszę przyznać, że męczy mnie niekiedy to Quayowskie rozmazanie fabuł. Pół biedy, gdyby brali je z sufitu, ale Bracia pełnymi garściami czerpią z kultury: mitów, książek, obrazów, filmów. Głównie środkowoeuropejskich (Schulz, Švankmajer, polscy animatorzy: Borowczyk, Lenica) ale nie tylko przecież, bo mamy i Holendra Eschera, i Szwajcara Walsera, i Włocha Arcimbolda, i sumeryjski epos o Gilgameszu. Problem w tym, że ich "adaptacje" są na ogół nie tylko bardzo odległe i, co gorsza, mniej interesujące od oryginału, ale że czasem są wręcz jego zaprzeczeniem. "Ulica Krokodyli", film skądinąd robiący ogromne wrażenie swoim onirycznym nastrojem, niezwykłymi obrazami żywych śrub czy szycia stroju z mięsa, nie ma nic wspólnego z opowiadaniem Schulza, gdzie tytułowa ulica jest krainą nowej tandety, fabrycznej bylejakości, prowizorki, podróby, dziś powiedzielibyśmy: chińskiego plastiku. U Quayów to opuszczona dzielnica martwych manekinów i porzuconych lalek, rdzy, sznurków, pajęczyn, nienaoliwionych mechanizmów, starych sztychów, pleśni i rozpadu.

PT: - Zepsucie rzeczywiście zajmuje wysoką pozycje na liście ich fascynacji - stąd odchodzące od ścian tapety, wiszące kable, przepalone żarówki, słowem: ogólna koślawość, pokryta grubą warstwą kurzu. Ich obsesje nietrudno dostrzec, na przykład mięsistą (niekiedy dosłownie) cielesność, obsceniczność, tłamszoną, ale objawiającą się w końcu seksualność. Bardzo różnorodną zresztą: męską, jak u sadomasochistycznego Droza, kobiecą, jak u Lisy Benjamenta, homoseksualną - w przypadku jej brata czy dziecięcą, jak choćby u menstruującej dziewczynki w "Stille Nacht II".

JD: - Jest jeszcze obsesja miasta. I to nie byle jakiego miasta, ale wschodnio- czy środkowoeuropejskiego. Z zapuszczonymi, szaro-burymi kamienicami, gdzie źródłem światła są przede wszystkim migoczące neony, a za brudnymi oknami przesuwają się pantografy stukoczących tramwajów. Przejeżdżających przez, jakżeby inaczej, gotyckie katedry.

PT: - Quayowie są Amerykanami, ale nieustannie podkreślają swoją fascynację środkowowschodnią Europą, powtarzają, że uważają się za "Europejczyków z wyboru", że znają i rozumieją tutejszą kulturę. Sęk w tym, że w ich filmach obraz Mitteleuropy jest straszliwie, wręcz boleśnie sztampowy, jakby czerpany z jakiegoś hollywoodzkiego poradnika. To jest właściwie taka inna wersja orientalizmu, o którym pisał Edward Said, inna wersja fascynacji egzotycznym Innym. Stąd to całe obowiązkowe instrumentarium koślawości: brud, rozpad, degrengolada, skrzypiące tramwaje i bardzo silny, polski akcent Władysława Sheybala. Mnie to osobiście irytuje, choć na pewno dla niektórych właśnie takie zewnętrzne, "entomologiczne" (jak twierdzą sami Quayowie) spojrzenie, może wydawać się interesujące.

JD: - Filmy Quayów widziałem na przestrzeni kilku, a właściwie kilkunastu lat; jedne podobały mi się bardziej, inne - mniej, ale za każdym razem Quayowskie szaleństwo, wizyjność, niesamowite obrazy sprawiały, że film "działał": zapadał mi w pamięć, poszczególne sceny wracały do mnie po wielu miesiącach. Teraz, kiedy przez parę dni obejrzałem dorobek trzech dekad, miałem wrażenie znużenia, powtarzalności, irytacji. Być może w ogóle taki jednorazowy przegląd nie jest najlepszym sposobem na prezentację dzieł Braci, być może muszą się one wsączać powoli, bo w masie raczej się nawzajem znoszą, niż wspierają. W takim zestawieniu, co ciekawe, najjaśniej błyszczą dzieła edukacyjne, plasujące się gdzieś na peryferiach ich działalności.

PT: - Masz na myśli "De Artificiali Perspectiva..." czy "Muzeum fantomów"?

JD: - Owszem, z pewnością nie chodzi mi o fatalne "Inwentorium śladów" - skądinąd ciekawe, że autor "Rękopisu znalezionego w Saragossie", oświeceniowy badacz i fantasta, odludek i samobójca, który wydawał się idealnym tematem dla Braci, został bohaterem najsłabszego chyba ich dzieła. Ale częściowo animowane filmy, przedstawiające manierystyczne zabawy z perspektywą w "De Artificiali..." czy rozległą i przedziwną kolekcję modeli anatomicznych Sir Henry'ego Wellcome'a wyszły im znakomicie.

PT: - Ja bym raczej powiedział, że Quayom dobrze robi, gdy mają coś narzuconego z góry, jakiś schemat albo chociaż temat, który trzyma ich na wodzy. Choćby trochę. W przeciwnym razie zaczynają "szaleć" i popadają w "artyzm", tworząc filmy fantastyczne wprawdzie wizualnie, ale jednak przesadnie pogmatwane, niezrozumiałe i ocierające się o pretensjonalność. Zbyt często przekraczają tę cienką granicę między "tajemniczym i interesującym" a "nonsensownym i nieznośnym".

JD: - Tak czy owak należy się cieszyć, że tegoroczny festiwal zaprezentuje twórczość Quayów - nie tylko dlatego, że są w sposób szczególny od wielu lat związani z Polską i polską kulturą, ale również ze względu na ich całkowitą osobność i szczególność...

PT: - ...nawet jeśli ta osobność jest nieco pokrewna Guyowi Maddinowi, którego filmy można było obejrzeć w zeszłym roku. Tym lepiej, że te dwie retrospektywy pokazywane są na dwóch kolejnych festiwalach.

Moje NH
Strona archiwalna 10. edycji (2010 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.enh.pl
Nawigator
Lipiec-sierpień 2010
PWŚCPSN
192021 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera / koncertu:
OK
Indeks A-Zscena muzyczna
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty 2007-2010
festiwal@enh.pl
www.enh.pl
realizacja: Pracownia Pakamera